Breaking News
Home / Wywiady / Sybiracy są wśród nas / Historia Sybiraczki, która stała się żołnierzem

Historia Sybiraczki, która stała się żołnierzem

Jej świat utracony i świat odzyskany 

Na wywiad z panią Krystyną umówiłam się 13 lutego w redakcji Polskiego Expressu. Niestety, tamtegoKrystyna F_1a dnia świat Connecticut zamienił się w krainę śniegu, mrozu i przejmującego wiatru (mój samochodowy termometr wskazywał temperaturę -24 C). Taki stan rzeczy przyniósł dużą porcję wątpliwości…Wykręciłam więc numer telefonu mojej potencjalnej rozmówczyni…W odpowiedzi na propozycję zmiany terminu spotkania, usłyszałam stanowcze słowa: – WÓWCZAS, TAM – było minus 50 stopni Celsjusza…Bez obaw. Proszę się o mnie nie martwić. Już jestem gotowa. Zaraz przyjeżdżam.

I przyjechała. A wraz z nią, jakby na zamówienie, wpadło do redakcji kilka promieni słońca. Być może chciały rozświetlić kartę jej młodzieńczych dziejów, na której próżno szukać czegoś poza mrokiem i boleścią… A może chciały ogrzać kości, w których głębi tkwią jeszcze cząstki syberyjskich mrozów…

W tej wyjątkowej scenerii, jakże ciepło zabrzmiało więc wyznanie: – Chociaż bardzo często powtarzam, że choć moja najstarsza córka ma 68 lat – ja mam 39, to jednak przyznać się muszę na wstępie, iż miewam luki w pamięci…

Zatem, zanim nasze słowa obrały wspólny kierunek i odnalazły własną drogę – wiedziałam już, że siedzi przede mną tzw. kobieta z charakterem i dystansem do własnego życia.

Z panią Krystyną Słowikowską Farley

rozmawia Beata Kaczmarczyk

 Krystyna F_2

Beata Kaczmarczyk  –  Mówi pani o sobie: dumna córka ziemi wołyńskiej. Co znaczą te słowa w pani odczuciu?

Krystyna Słowikowska Farley  – Jestem córką Walentyny Poznachowskiej i  Andrzeja Słowikowskiego. I to już jest dla mnie powód do dumy. Świat o nich nie mówi (i wcale nie musi), ale ja wiem, że to wspaniali i bardzo szlachetni ludzie…

Urodziłam się w osadzie Orłopol, w województwie wołyńskim. Wołyń jest więc dla mnie krainą szczęśliwych lat wczesnego dzieciństwa. Przeżywałam je w czasach, kiedy społeczeństwo polskie, a może również społeczeństwa innych narodowości – miały autorytety, które pielęgnowały. Kultywowano wartości dzisiaj jakoby pomijane, a nawet wyszydzane. Zwały się: BÓG, HONOR, OJCZYZNA.

Ja wciąż, mimo faktu, że musiałam opuścić Polskę w wieku 14 lat; że zostałam z niej wywieziona siłą  – staram się żyć według wpojonych mi wówczas zasad.

Kiedyś udało mi się nawet na ten temat napisać wiersz:

Jestem Polakiem, nie wstydzę się tego!

Rodzice mnie tak wychowali.

Polska krew w żyłach, mowa ojczysta

I orzeł wykuty ze stali.

Gdy spojrzę na niego, myśl wznosi się w górę

I płynie za jego lotem –

Ponad żyzne pola, błękitne potoki

I słonecznik rosnący pod płotem.

Gdzie bieg modrej Wisły falami rozbrzmiewa

Melodię polskiego oberka,

A dzwony kościelne ludziom ogłaszają:

“Dziś o północy Pasterka!”.

Trudno jest zmiażdżyć ducha polskiego,

Gdy tak cię wychowali.

Bóg, Honor, Ojczyzna i “kochaj bliźniego”

– Twe serce żarem rozpali.

Dumny więc jestem, że jestem Polakiem.

Chorągiew swą wznoszę wysoko.

I dzięki ci składam, Boże Wszechmogący,

Że Polskę mam w sercu głęboko.

   – Gdy mowa o jednym z najtragiczniejszych wydarzeń, które zgotowali ludzie – ludziom, wszelkie skomplikowane słowa są zbyteczne. Pytam więc wprost: Co pamięta pani z tej wołyńskiej nocy, która miała miejsce 10 lutego 1940 roku?

– Była wtedy zima wyjątkowo śnieżna i mroźna. Spaliśmy snem sprawiedliwych, otuleni ciszą. I nagle, około 6.00 nad ranem, usłyszałam ten przerażający łomot do drzwi…

domek        DOM w Orłopolu – rysunek sporządzony z pamięci przez siostrę pani Krystyny, Natalię Rak

Dostaliśmy kilka chwil na spakowanie się… Wszyscy – mama, tata, moje dwie siostry i dwóch braci – byliśmy przerażeni. Chaos, łzy, i dziwna pustka w głowie – co zabrać? Niestety, nie potrafię powiedzieć co zapakowali poszczególni członkowie rodziny, ale doskonale pamiętam, co zabrałam ja…

– Zatem…

–  Słoik z samogonem (napój alkoholowy produkowany w warunkach gospodarstwa domowego – przy. red.), główkę maszyny do szycia Singer, i ceramiczny czarny krzyż z różowym wizerunkiem Jezusa, który przez lata wisiał na ścianie w dużym pokoju… I proszę mnie nie pytać, dlaczego właśnie te rzeczy wrzuciłam na sanie… Nie wiem.

Pamiętam, że jednego z Sowietów zaintrygowała ciecz w słoju. Wyjaśniłam mu więc, że to przegotowana woda; że mama gotuje wodę ze studni, i tylko taką pijemy.  Zaśmiał się wówczas ironicznie….

Droga do stacji kolejowej w Horynce  była bardzo długa, wyczerpująca i trudna.  Z jednej strony siarczysty mróz, z drugiej –  ból, żal, rozpacz, trwoga. Rodziły się one szczególnie w sercach rodziców, którzy bardziej niż my zdawali sobie sprawę z zaistniałej sytuacji.

Z lekka budował mnie więc fakt, że „przegotowana woda”, aplikowana dorosłym (ojcu i napotkanym po drodze sąsiadom, którzy w kolumnie sań dzielili nasz los) –  pomagała rozgrzać ciała i umysły.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, załadowano nas do bydlęcych wagonów. Krzyki i przekleństwa sowieckich żołnierzy  górowały zdecydowanie nad wystraszonymi, przygnębionymi i płaczącymi ludzi.

Atmosfera była więc koszmarna.

Do załatwiania potrzeb fizjologicznych kazano nam wykorzystywać otwór w podłodze. To było upokarzające, szczególnie dla nas, kobiet.

Wagon był zimy. Jedynym źródłem ciepła był umieszczony na środku mały piecyk,  do którego wciąż brakowało opału. I chyba śpiew…

  – Śpiew???

– Moja mama była z zawodu nauczycielem i muzykiem. Wykorzystała więc wówczas swoje doświadczenie i wiedzę. Znała moc pieśni… Śpiewaliśmy utwory religijne, ludowe, hymny, i piosenki towarzyszące nam na co dzień…To rozgrzewało serca. Ocieplało dramatyczną sytuację. Próbowaliśmy się po prostu ratować…

Te nasze „koncerty” nie podobały się oczywiście sowieckim żołnierzom, ale nigdy nie powiedzieli nam STOP. Sama nie wiem dlaczego. Przecież mogli…

 – Skoro padło już słowo głód…Jak wyglądały wasze racje żywieniowe?

– Był czarny chleb. Tyle pamiętam. Nawet wody do picia nie było pod dostatkiem, nie mówiąc już o wodzie do umycia się… Szerzyły się więc różne choroby, a wszawica dawała się wszystkim mocno we znaki.

 – Czy podczas tej podróży wydarzało się coś, co tkwi w pani pamięci w sposób szczególny?

– Tak… Ale nie wiem, czy powinnam o tym wydarzeniu mówić. Głęboko zarejestrowany we mnie obraz tamtej chwili już setki razy spędzał mi sen z powiek…To trudne…

Dobrze. Opowiem.

Bydlęce pociągi, którymi  wieziono wówczas setki tysięcy Kresowiaków  (ok. 139 590 osób – przyp. red.) stawały bardzo często. Były przetrzymywane godzinami na bocznicach. Nasi oprawcy wykorzystywali więc ten czas na wynoszenie ciał zmarłych…

Pasażerowie też robili z tych postojów użytek. Odblokowane chwilowo drzwi, stwarzały bowiem okazję do tego, aby – wbrew przepisom – nabrać trochę śniegu, którym później można było się posilić lub obmyć…

Pewnego dnia, podczas jednego z takich postojów, tkwiłam (także bezprawnie) przy jedynym, małym, zakratowanym oknie wagonu i obserwowałam kilkunastoletnią dziewczynę o ślicznych, długich włosach. Zgrabiałymi z zimna rękami nabierała ona do dużego naczynia biały puch.

Kiedy zapełniła już ten pojemnik i przechodziła między wagonami, aby wrócić na swoje miejsce podróży, pociąg ruszył…

W chwilę później, jej jasne warkocze oplotły koła wagonu… Fragment sowieckiej trakcji kolejowej zaplamił się krwią…

Ona mogła być moją rówieśnicą…

Coś we mnie wtedy pękło. „Kochany urwis”, jak mówił o mnie mój tata, zmienił się  (na długą chwilę)  w pogrążonego w smutku myśliciela.

Wielokrotnie zastanawiałam się, czy bliscy tej dziewczyny poznali kiedyś prawdę. Oby nie…

Kto wie, ile było podobnych sytuacji… Tak wielu przecież ryzykowało. Dla siebie i dla innych.

(chwila milczenia)

Jak długo trwała wasza podróż?

– Podróż pociągiem trwała dokładnie 30 dni i 30 nocy. Sowieccy oprawcy wyznaczyli nam jej cel w górach Ural. Naszą przystanią stała się Mołotowskaja Obłast. Dotarliśmy tam 14 marca 1940 roku.

Rozlokowano nas w barakach. Panujące tam warunki urągały godności człowieka.

Były prowizoryczne łóżka bez sienników. Okrywaliśmy się kocami, które mama zabrała z Orłopola, lub częściami garderoby.

Rodzice, moja starsza o dwa lata siostra Alicja i ja (jako „dojrzała” 14. latka) –  pracowaliśmy przy spławianiu drzew do rzeki, a młodsze rodzeństwo – 12. letni  Tadeusz, 10. letni Czesław, i 5. letnia Natalia – musiało uczęszczać do sowieckiej szkoły, w której wpajano im komunistyczne doktryny.

  – Jakie wynagrodzenie otrzymywaliście za swoją pracę?

–  W tamtych czasach i w tamtym miejscu, znane powiedzenie „zarabiać na kawałek chleba” przestawało być przenośnią. Należało je traktować dosłownie. Na mocy zarządzeń NKWD, dzieciom szkolnym przysługiwała 200 – gramowa porcja chleba dziennie, pracującym – 500 – gramowa, a tym, którzy pracowali najciężej i ponad normę – przydzielano 800 gramów chleba plus zupę, marnej jakości.

Brakowało więc jedzenia… Mama,  w ramach tzw. handlu wymiennego, za porcję dodatkowej żywności świadczyła mieszkańcom okolicznych wsi usługi krawieckie lub wróżyła z kart.

Pamiętam, że za każdym razem, gdy miała przystąpić do „zarobkowego wróżenia”, klękała przed wiszącym na ścianie krzyżem i przepraszała Boga…

– Czy dobrze kojarzę? Maszyna Singer, ścienny krzyż… To pani zabrała te rzeczy z domu…

– Tak. Tak…Ojciec obudował główkę tej maszyny i bardzo, bardzo pomogła nam przetrwać. A  krzyż…? (chwila milczenia) Jego obecność w naszym życiu  wiąże się z bardzo poruszającą historią.

Pewnego dnia zachorowałam, nie miałam czucia w nogach. Był to najprawdopodobniej efekt spania na zimnej podłodze. Zostałam więc w „domu” sama.  I właśnie wtedy przyszedł „z wizytą” sowiecki strażnik naszego baraku. W kilka chwil po przekroczeniu progu, patrząc na wiszącego na ścianie Jezusa na krzyżu,

z drwiną zapytał: – Czy ON Ci daje chleb?

Skoro ty mi nie dajesz, a ja żyję, to znaczy, że ON to robi – odpowiedziałam.

– Zdejmij to natychmiast ze ściany! – krzyknął.

– Ja tego zrobić nie mogę, bo – jak widzisz – nie mogę chodzić. Jeśli ci ten krzyż przeszkadza, ty go zdejmij….- odpowiedziałam.

Do dziś pamiętam jego oczy. Był w nich strach. Splunął więc i wyszedł.

Minęło 30 minut, może godzina, gdy krzyż sam zsunął się na podłogę, rozsypując się na drobne kawałki. Na ścianie został tylko gwóźdź i haczyk…

Nie mogło być inaczej, powrót mamy z pracy łączył się z pytaniem wypowiadanym przez łzy: – Córeczko, co ty zrobiłaś?!

Kiedy opowiedziałam jej całą historię, prawie szeptem wypowiedziała zdanie, które do dziś pamiętam: – Jezus też już nie chce tu dłużej być…

Kilka dni później, tamto wydarzenie i tamta wypowiedź nabrały wyjątkowego znaczenia – ogłoszono tzw. amnestię. Mogliśmy opuścić to miejsce…Byliśmy wolni...

– Ale pojawił się wówczas inny problem: Opuścić – tak!, ale gdzie się udać? Jak więc  potoczyły się wasze dalsze losy?

– Ojciec od razu zdecydował, że dołączy do tworzącej się na ziemiach ZSRR – Polskiej Armii, pod dowództwem generała Władysława Andersa. Natomiast pozostała część naszej rodziny udała się statkiem (wraz z setkami innych Polaków) – do Uzbekistanu, nad wody Morza Kaspijskiego. Pobyt tam miał być jednym z etapów drogi powrotnej do Polski. Obiecywano nam dobrą pracę i lepsze warunki życia.

Rzeczywistość okazała się jednak inna.

Co prawda, było cieplej i słonecznie, mieszkaliśmy w domkach zbudowanych z gliny i patyków, a na chleb zarabialiśmy lżejszą pracą w polu, ale i tam doskwierał nam głód, straszne choroby (dyzenteria, tyfus) i dodatkowo – wszelkiej maści jaszczurki.

Kiedy więc któregoś dnia dotarła do naszej mamy informacja, że w Iranie, przy Armii  Andersa tworzone są obozy (sierocińce) dla dzieci, w których nie brakuje opieki, leków i żywności, z bólem serca zdecydowała się wysłać tam naszą czwórkę.

   – Dlaczego czwórkę?

– Niestety, Alicja traktowana była już jako osoba dorosła. Nie kwalifikowała  się więc do wyjazdu. Mama i najstarsza siostra zostały więc w Uzbekistanie.

Rozstanie z nimi było dla nas wszystkich ogromnym przeżyciem. To wtedy, po raz ostatni czułam ciepło ramion – mamy i siostry…

Mama została na zawsze na uzbeckiej ziemi… Zmarła na malarię. A o Alicji słuch całkowicie zaginął. Szukaliśmy jej przez długie lata. Zresztą, szukamy do dziś… Choćby śladów…

(chwila milczenia)

 – Co życie zgotowało pani w Teheranie?

– Radziłam sobie jak umiałam i jak mogłam. Czując się w pewnym sensie głową rodziny, zadbałam najpierw o losy młodszego rodzeństwa. Natalia znalazła się pod dobrą opieką, w sierocińcu w Afryce, a  bracia – w Junackiej Szkole Kadetów.

A jeżeli o mnie chodzi, to – posługując się małym kłamstewkiem (dopisałam sobie jeden rok życia)  – zostałam żołnierzem.

    – Żołnierzem?!

– Snując marzenia o kierowaniu wojskowym samochodem, wstąpiłam do Pomocniczej Służby Kobiet, przy Armii Andersa. Służyło tam około 7 tysięcy ochotniczek. Niestety, marzenia o zostaniu tzw. „drajwerką” w Kampanii Transportowej – spełzły na niczym. Według dowództwa, byłam bardziej potrzebna w szpitalach wojskowych.

Ukończyłam więc stosowne szkolenia i rozkaz wykonałam, czyli  „zapomniałam” o wojskowych pojazdach i zajmowałam się rannymi. To tu, to tam…

zdjecie_1                               Sanitariuszki – pani Krystyna wraz z koleżanką (Gaza w Palestynie)

 – Wojenna służba sanitarna to odwaga, heroizm, determinacji w ratowaniu życia rannych, trwanie na posterunkach w warunkach ekstremalnych, altruizm, ciągłe patrzenie na cierpienie…Zapytam jednak nieśmiało: Czy bywały spokojniejsze, jaśniejsze chwile?

– Bywały, bywały… Ale dzisiaj wspomnę tylko jedną z nich. Tę najważniejszą.

Pewnego dnia, los chciał, że na żołnierskim szlaku spotkałam ojca…To było w Iraku. Wciąż nie znajduję słów na określenie radości, jaką wówczas czułam. Proszę mi wierzyć, że nie bacząc na to, co działo się wokół nas, a także na to,  kim wówczas byliśmy – wskoczyłam mu na kolana. Jak za dawnych czasów. Jak w DOMU… Później okazało się, że zmierzamy w jednym kierunku: – Egipt – Włochy.

– Czy oznacza to, że oboje braliście udział w bitwie pod Monte Cassino?

– Tak. Każdy na swój sposób…To były bardzo trudne dni… (chwila zadumy)

 – A jednak nastał ich kres. I wojna też się skończyła. Przyszło nowe życie…Czy lepsze?

ksiazeczka_1

ksiazeczka A _2

– Do DOMU nie mogliśmy wrócić. Ziemia, na której stał – nie należała już przecież do Polski…

W ojczystym kraju – zawirowania polityczne…  Hm, pojawiła się miłość, mąż, nastały wzruszające spotkania z rodzeństwem. A potem na świat przyszły dzieci…..

Najpierw zamieszkaliśmy w Anglii, która ofiarowała nam pomoc w rozpoczęciu nowego życia, a w 1955 roku (chwila milczenia), będąc wdową z czwórką dzieci,  przybyłam do USA, do New Britain.

zdjecie_2

Zaliczyłam tu pracę w fabryce Emhart, a potem, po studiach –  już jako technik dentystyczny – budowałam uśmiechy na twarzach moich pacjentów.

Teraz odpoczywam na emeryturze.

   –  Ale te uśmiechy wciąż pani buduje! Po pierwsze, za sprawą wyjątkowej osobowości i pogody ducha, po drugie, za sprawą niezwykłej pasji..i pracy społecznej.

– Sama nie wiem, skąd się u mnie wzięła ta miłość do polskiego folkloru. Co prawda, przed laty, w szkole podstawowej, tańczyłam zbójnickiego, ale nie wydaje mi się, aby to wówczas narodziło się to uczucie.

Miłość do szeroko pojętej muzyki pewnie odziedziczyłam w genach po mamie…

A do folkloru? Cóż, przyszła i jest…

Przez wiele lat tańczyłam w zespole ludowym Gwiazdy, który działał w Hartford. Byłam jego prezesem, a także inicjatorem i organizatorem jego pierwszej wyprawy na Światowy Festiwal Polonijnych Zespołów Folklorystycznych, który odbywał się w Rzeszowie. Nie pamiętam, w którym to było roku, ale wiem na pewno, że  suitę  śląską odtańczył z nami wówczas mój mąż, Amerykanin (śmiech).

zdjecie_zespol_3                          Zespół Gwiazdy z Middletown, rok 2000

Ponieważ byłam i jestem członkiem kilku organizacji polonijnych, miałam ułatwioną drogę do aranżowania występów naszemu zespołowi.

Śpiewaliśmy, tańczyliśmy w wielu miejscach, i przy wielu okazjach. Także na dożynkach, które odbywały się przy Broad Street w New Britain.

Przez lata, wspierałam też wiedzą i doświadczeniem polonijny, ludowy zespół dziecięcy, który działał przy kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Meriden.

zdjecie_zespol_2Pani Krystyna wraz ze swoimi wychowankami z zespołu ludowego, który działał przy polskiej parafii w Meriden

Poza tym, na przestrzeni spędzonego w USA czasu (Mój Boże, to już 60 lat…), udało mi się stworzyć kolekcję strojów regionalnych Polski. W chwili obecnej składa się ona z 32 kompletów. Wiele z nich nabyłam, niektóre otrzymałam w darze, a  kilka – po prostu sama uszyłam….

Eksponowałam je już w bibliotekach i szkołach, na  polonijnych imprezach, i wciąż mam ochotę dalej to czynić.  Bo…(chwila zadumy) są we mnie dwa polskie światy. Ten utracony… i ten odzyskany, którym chcę cieszyć się do końca moich dni …

   –  … (pozwalam płynąć łzom, a moja rozmówczyni – jak na kobietę o silnym charakterze przystało – bierze ster rozmowy w swoje ręce)

– Pani Beato, bardzo dziękuję za to spotkanie. Dziękuję, że obdarowała mnie pani tak długą chwilą swojego cennego czasu.

–  …To ja czuję się WYJĄTKOWO OBDAROWANA. I jestem pewna, że nie tylko ja…