Breaking News
Home / Wywiady / Sybiracy są wśród nas / Rodzicom – w dowód wdzięczności
strona w budowie

Rodzicom – w dowód wdzięczności

 

Panią Marię znałam od dawna. Bardziej z widzenia niż z osobistych kontaktów. A jednak – od początku tej znajomości szanowałam ją i ceniłam. Łączyło mnie z nią bowiem coś wyjątkowo osobliwego, coś, co zamyka się w słowie o wielkiej mocy  – HARCERSTWO. Ona – instruktor wciąż aktywny, ja – raczej rezerwowy, żyjący wspomnieniami długoletniej skautowskiej przygody i odkładający ciąg dalszy harcerskiej służby na „kiedyś tam”…

Nasza pierwsza dłuższa rozmowa miała miejsce 1 marca 2015,  w Polskim Domu Narodowym w Hartford. Jej tłem było spotkania z dr Hubertem Chudzio z Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń z Krakowa, który podróżując po świecie, zbiera wspomnienia Sybiraków…

Maria

To właśnie wówczas dotarło do mnie, że w historię życia druhny Marii wpisany jest pobyt na nieludzkiej ziemi. Wtedy też zrodziła się myśl, aby stała się ONA bohaterką mojego kolejnego wywiadu.

Kiedy zaproponowałam spotkanie, mocnym uściskiem dłoni i ciepłym uśmiechem dała znak, że jest nadzieja…

Zadzwoniła pod koniec marca, proponując termin rozmowy na czternasty dzień kwietnia. Jak się okazało, data ta ma w jej życiu  symboliczne znaczenie: dzień urodzin i dzień wywózki na Sybir…

– 75. lat temu – miał być tort z ośmioma świeczkami, prezenty i radość. Było – pożegnanie z rodzinnym domem. Na ZAWSZE. I początek kilkuletniej, tułaczej drogi… – mówiła.

Potwierdzając termin wywiadu, widziałam oczami wyobraźni jego początek: siedzimy razem przy stole. Na nim: dyktafon, kilka kartek papieru, pióro, pamiątkowe fotografie … i dwa urodzinowe torty. Jeden – dla bohaterki mojej rozmowy, drugi – znacznie mniejszy – dla mnie. Bo ja, kilkanaście lat później,  także tego właśnie dnia witałam się ze światem.

(Przeznaczenie… Zbieg okoliczności…)

Niestety, do planowanego spotkania nie doszło. Los zdecydował inaczej…

Na kartce kalendarza z datą 14 kwietnia życie dopisało bowiem jeszcze jedno wydarzenie. Tragiczne. Śmierć Ewy, córki pani Marii…

Żadne słowa wówczas nie przystawały. Nie obejmowały. Nie znaczyły… Nie pozostawało mi nic innego, jak ofiarować jej swoją uwagę i ciepło.

Jak być obok.

I czekać…

Dziś, po kilku miesiącach, pani Maria siedzi naprzeciw mnie. Przybyła do naszej redakcji  z własnym bólem, ale i z własną opowieścią. Już na samym wstępie zaznaczyła, że  dedykuje ją SWOIM RODZICOM.

Mówiła: – Dzieląc się tą historią (jak chlebem), chcę wyrazić swoją wdzięczność za ich bezwarunkową miłość i determinację. Ponadto, chcę przypomnieć, że obecność bliskich – to łaska. To skarb.

Były to niewątpliwie zdania zrodzone z samego rdzenia odczuwania…W poniższym tekście będzie takich wiele…

                                                                  Z panią Marią Brodowicz

                                                         – rozmawia Beata Kaczmarczyk

DSC_0400

Beata Kaczmarczyk: – Przywiozła pani ze sobą niezwykle imponującą ilość rodzinnych pamiątek…

Maria Brodowicz: – Nie mogło być inaczej. Skoro są – trzeba je światu pokazać. Niektóre z nich są mocno nadgryzione zębem czasu, ale chronię je jak potrafię. Wszystkie one zaświadczają przecież o prawdzie moich korzeni, moich dziejów. Ot, choćby ten AKT NADAWCZY, który – mając związek z historią Polski Wołynia – określa miejsce moich urodzin.

   – Czyli…

akt nadawczy– Przyszłam na świat w wojskowej osadzie PIŁSUDCZYZNA, niedalek o  Kostopol.  Mój ojciec, Florian Krzysztofiak,  żołnierz

I wojny światowej, zbudował nasz rodzinny dom na ziemi otrzymanej od rządu polskiego. Akt tej własności regulowała ustawa Sejmu Ustawodawczego z 17 grudnia 1920 r. Jej inicjatorem był sam Józef Piłsudski, który w liście pożegnalnym  do swoich żołnierzy – dziękując im za wielki wysiłek, wytrwałość, odwagę – zapewnił, ze Ojczyzna o nich nie zapomni. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować stosowny fragment tamtej wypowiedzi. Bo to ważne słowa: Zaproponowałem już rządowi, by część ZDOBYTEJ ziemi została własnością tych, co ją polską zrobili, uznoiwszy ją polską krwią i trudem niezmiernym. Ziemia ta, strudzona siewem krwawym wojny, czeka na siew pokoju, czeka na tych, co miecz na lemiesz zamienią, a chciałbym byście w tej pracy przyszłej tyleż zwycięstw pokojowych odnieśli, ileście ich mieli w pracy bojowej.

akt nadawczy strona 1

  – hmm, Osada Piłsudczyzna – to brzmi dumnie…

– Takich osad jak nasza było na Wołyniu (i nie tylko) wiele. Przybierały one zazwyczaj nazwy nawiązujące do wojskowego pochodzenia osadników czy też  formacji wojskowych, z których wywodzili się osadnicy – np. Krechowiecka, Jałowiecka, Hallerowo, Ułanówka, Belinówka, Armatniów, czy też – właśnie nasza Piłsudczyzna.

Obawiam się, że te -jakby wyrwane ze szkolnych podręczników – treści mogą zniechęcić potencjalnego czytelnika do  dalszego zgłębiania lektury tego wywiadu… Ale ja musiałam o tym na wstępie powiedzieć. Musiałam i chciałam,  bo właśnie one wyjaśniają – dlaczego Stalin tak bardzo nienawidził Polaków zamieszkujących na Wschodnich Kresach. Śmiem bowiem twierdzić, że nie wszyscy wiedzą, iż jego decyzja o deportacji ludności z tamtej części Polski były swoistą ZEMSTĄ na tych, którzy dwadzieścia lat wcześniej zatrzymali Armię Czerwoną.

Z Wołynia wywieziono około 80 procent osadników! Proces ten trwał – z mniejszym lub większym natężeniem – systematycznie od 10 lutego 1940 roku aż do ataku III Rzeszy na ZSRR.

 – Kiedy żołnierze NKWD zapukali do drzwi pani rodzinnego domu?

– To było rankiem, 14 kwietnia 1940 roku. Jak na ironię losu – ojca wówczas z nami nie było. W domu była mama i cała nasza piątką: 12 – letnia Wanda, 10 – letni Ryszard, ja – ośmiolatka, 5 – letnia Jadzia i 3 – letni Antoś.

portret 2Kiedy dziś wspominam ten dzień, odnoszę wrażenie, że mama była w pewnym sensie  przygotowana. Z szaf, szuflad, i innych zakamarków wyciągała gotowe pakunki z najpotrzebniejszymi rzeczami.
Doskonale pamiętam, że w tamtym tragicznym momencie – z charakterystycznym dla niej opanowaniem – zdjęła ze ściany portret ślubny i z wyjątkową pieczołowitością umieściła go wśród bagaży. (chwila milczenia). Proszę sobie wyobrazić, że „przeszedł” on z nami cały tułaczy szlak, a dziś ma ciepłą przystań na ścianie pokoju mojego domu… To był,  jest i – mam nadzieję – będzie NASZ rodzinny talizman…

– Z jakiej stacji kolejowej wyruszyliście w tę podróż w nieznane?

– Zanim był dworzec i bydlęce wagony – było więzienie.

– ???

– Kiedy przywieziono nas do miejscowości Równe (ok. 40 km od naszej osady), skąd mieliśmy odjechać w świat okrutnej Syberii, okazało się, że pociąg – z niewiadomych przyczyn – nie dotarł. Spędziliśmy więc kilka dni w więziennych celach… Do dziś nie wiem, jak udało się mamie wykorzystać ten czas i  nawiązać kontakt ze swoją siostrą, która mieszkała w tym właśnie mieście…

Ta racjonalnie myśląca kobieta najpierw doposażyła nas w odzież i żywność, a następnie stała się powodem nieoczekiwanych zdarzeń.

– Brzmi tajemniczo…

– Kiedy już trwała nerwowa akcja umieszczania ludności w wagonach, moja 12 – letnia siostra Wanda, widząc stojąca na peronie zapłakaną ciocię, wystosowała do jednego z radzieckich żołnierzy – na pozór naiwną prośbę: „Czy mogę zostać z ciocią?”

Jaka była odpowiedź?

– Zaskakująca – TAK, MOŻESZ. Trudno wyczuć, czym kierował się tamten człowiek, podejmując taką decyzję…

– Mam rozumieć, że Wanda nie pojechała z wami?

– Nie pojechała. Nie pojechał też Ryszard. Mój 10 – letni brat. Wyskoczył z pociągu, kiedy ten nabierał szybkości…

Nigdy nie miałam odwagi zapytać mamy,  co czuła,  gdy działo się to wszystko…

– Powiem szczerze, że mam teraz dylemat. Nie wiem, czy wpierw pytać o waszą podróż i miejsce pobytu na Syberii, czy też o dalsze losy pani starszego rodzeństwa…

– Skoro – jak pani sama wspomniała – byli starsi, więc pierwszeństwo im się należy. Ryszard  – na szczęście – nie doznał podczas tego skoku żadnej kontuzji, ani też nie został zauważony przez wartowników pociągu. Oboje postanowili zamieszkać  do DOMU, na Piłsudczyźnie…

– Sami?! Bez opieki?! Przecież to były dzieci?!

– Zawiodła ich chyba wyobraźnia. Spodziewali się tam dobrze im znanego – ciepłego gniazdka. Tymczasem zastali pustkę, ciszę, i wałęsające się, tęskniące za właścicielami psy… Osada była wyludniona. Wywieziono prawie wszystkich… Nie było też taty…

Przez pewien okres czasu sprawowała nad nimi opiekę rodzina, która mieszkała w pobliżu. Nie trwało to jednak długo. Obu stryjów zamordowała ukraińska armia.

W zaistniałej sytuacji Wandą zaopiekowała się nasza rodzina z Warszawy.

–  A bratem?!

– Jego losy były jeszcze bardziej splątane. Wręcz nieprawdopodobne. Nie pamiętam już dziś dokładnie w jakich okolicznościach poznał on dwóch rosyjskich żołnierzy, z których jeden – obiecując mu lepsze życie – zabrał go ze sobą do Moskwy. Niestety, na miejscu okazało się, że jakieś polityczne układy zmuszają rodzinę żołnierza do opuszczenia tego miasta. Ryszard został sam.

Z dala od rodzinnych stron, na obcej ziemi…Nie poddawał się jednak łatwo. Postanowił wrócić. Pewnego dnia  wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy. Kiedy z powodu braku ważnego biletu – wyrzucono go stamtąd, postanowił spróbować raz jeszcze. Nieco inaczej. Pod wagonem…

Przeżył. Dotarł do Warszawy. Odnalazł wujostwo i dołączył do Wandy.

Proszę mi wierzyć, że ten moskiewsko – warszawski  fragment jego historii poznałam dopiero kilka miesięcy temu…Opowiedział mi go sam Ryszard. Po 75 latach!

Pani Mario, nadszedł więc chyba czas, aby rozwinęła pani wątek własnej historii. Na początek, może tej syberyjskiej…

– Mamę, mnie, i moje młodsze rodzeństwo,  po około 5. tygodniowej podróży w bydlęcym wagonie,  osadzono w miejscowości Wołogockaja Obłost. Ponieważ nasza rodzicielka była wykształconą kobietą, znającą język rosyjski i ukraiński – toteż udało jej się otrzymać pracę w łaźni dla personelu i pracowników administracji tego posiołku. Fakt ten traktowała jak swoiste błogosławieństwo.

Podczas syberyjskich zimnych miesięcy, kiedy w naszych pomieszczeniach mieszkalnych zamarzała woda w naczyniach do picia,  mogliśmy ogrzewać się w cieplejszej łaźni. To było bardzo, bardzo wiele.

Antoś i Jadzia, z racji wieku, całymi dniami pozostawali pod opieką mamy lub mojej chrzestnej matki, którą była nasza sąsiadka z osady. Natomiast ja – chodziłam do rosyjskiej szkoły.

– Jak pani wspomina tę szkołę?

– Niewiele pamiętam, bo i nie chciałam zapamiętać.  Dziś kojarzy mi się z nią długa,  4 – kilometrowa droga, którą musiałam dwukrotnie pokonywać każdego dnia (do i ze szkoły) oraz  …walonki.

  – Dlaczego właśnie walonki? Czy ma pani na myśli ciepłe obuwie?

– Tak. Był czas, że za recytację jakiegoś wiersza, podczas szkolnej akademii, zostałam takimi właśnie butami nagrodzona. Cóż to była za radość! Dziś, chyba pod wpływem emocji związanych z tą naszą rozmową, mam wrażenie, że za tamten występ otrzymałam także dodatkową porcję chleba. Nie jestem tego jednak pewna. Może tylko marzyłam, aby ten chleb wówczas dostać…

– Poruszyła pani temat głodu, więc…

– Moja wspaniała, dzielna mama robiła wszystko, abyśmy ten głód jak najmniej odczuwali. Zbierała jagody, grzyby, zioła. Poza tym, bardzo często, przeważnie pod osłoną nocy, narażając się ataki dzikich zwierząt,  udawała się do sąsiednich wiosek na tak zwany handel wymienny. Oddawała odzież, biżuterię i inne rzeczy zabrane z DOMU – w zamian za żywność.

Co ciekawe i jednocześnie poruszające – tak tymi zdobyczami  gospodarowała,  aby odłożyć coś na „gorsze czasy”. Na później. Robiła więc przetwory, suszyła owoce lasu i grzyby.

Doprawdy nie wiem, jak ona dawała sobie z tym wszystkim radę…Jak to ze sobą godziła…Czasem przychodzi mi na myśl, że świadomie starała się wypełnić pracą i innymi obowiązkami każdą wolną chwilę, aby mieć jak najmniej czasu na myślenie o ojcu, Wandzie i Ryśku. Tęskniła za nimi bardzo. Martwiła się o nich. Czytałam to z jej twarzy…

 – Czy mama miała w tamtym czasie jakieś wieści od nich?

–  Z tatą nie było żadnego kontaktu. Pisała do nas natomiast  siostra mamy. Ta z Równego. Mam na to namacalny dowód –  oryginalną, bezcenną  korespondencję.

adres na syberi lis od cioci 2

tyl dokumentu list od cioci 2Nie wiem, czy to był jedyny list, który dotarł, czy też było ich więcej… Wiem natomiast, że ten był bardzo ważny. Ciocia powiadomiła w nim mamę, że DZIECI ZDROWE…

Ten list był też zwiastunem paczki, która miała wkrótce do nas dotrzeć.

 – Nie dotarła?

– Dotarła. I to w bardzo odpowiednim czasie…Właśnie wtedy cała nasza trójka miała ostrą anginę. Wszelkie znane mamie i innym kobietom środki – zawodziły.O lekarstwach i wizycie lekarza nie można było nawet marzyć. Ostatnią deską ratunku miała być wędzona słonina, którą ciocia przysłała we wspomnianej paczce. Mama robiła nam z niej  okłady na szyje. Jadzi i mnie – pomogło.

Antoś nie przetrzymał tej choroby…Był najmłodszy z nas i przez to chyba najsłabszy…

Dzięki pomocy innych, udało się mamie pochować go w zamarzniętej ziemi.

Mówię o tym, bo syberyjski klimat nie zawsze umożliwiał wykopanie, choćby najpłytszego grobu. Ciała ludzkie przykrywano więc gałęziami drzew. Niestety, najczęściej nie stanowiły one ochrony przed wygłodniałymi zwierzętami…

Po tym, co się stało –  smutek nie znikał z twarzy mamy.

Uśmiech – i to w najdelikatniejszej z możliwych postaci – rozświetlił dopiero jej twarz w sierpniu 1941 roku.

– Gdy dotarła do was informacja o tzw. amnestii?

– Tak. Proszę mi wierzyć, że do dziś brzmią mi w uszach słowa jednego z rosyjskich żołnierzy: „Jesteście wolni. Możecie iść dokądkolwiek.”

W pierwszym odruchu ludzie płakali ze szczęścia. W drugim – uświadamiali sobie,  że czeka ich kolejna podróż w nieznane…

Zaczęły się narady i  przygotowania. Cel był jeden: dotrzeć jak najbliżej tworzącej się polskiej armii.

Nasza wciąż rezolutna mama robiła selekcję rzeczy, które można jeszcze było spieniężyć, aby pokryć koszty podróży. Po około dwóch miesiącach,  wynajętym wozem (alba), wraz z kilkoma innymi rodzinami, ruszyliśmy do oddalonej o kilkanaście kilometrów stacji kolejowej.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się przerażający obraz wyniszczonego, wychudzonego tłumu ludzi. To byli nasi rodacy. Jeńcy wojenni i więźniowie polityczni, którzy wypuszczeni z łagrów (także z racji „amnestii”) podążali do organizującej się Armii Andersa.

Kilku z nich, tych, którzy podróżowali razem z nami w jednym wagonie  – wciąż pamiętam. Bo na skutek działań mamy, na moich oczach odzyskiwali oni siły… Przez tych kilkanaście dni opatrywała ich rany. Poiła przygotowanymi na „gorsze czasy” i zabranymi z posiołu sokami. Karmiła zupą grzybową, którą przyrządzała na wagonowym piecyku.

(długa chwila milczenia)  Taka właśnie była moja mama. Nie umiała przejść obojętnie obok cierpienia innych.

– Gdzie dowiózł was ten pociąg?

– Szczerze powiem – nie pamiętam. I nie wiem, czy wszystko odbyło się zgodnie z planem. Wiem natomiast, że kolejną przystanią naszej tułaczki był Uzbekistan. Mama pracowała tam przy zbiorze waty i zarabiała prawdziwe pieniądze. Mogła za nie kupić kartofle i cebule. Od czasu do czasu, dzięki zabawom z uzbeckimi dziećmi, jadłyśmy lepioszki. Były to placuszki wyrabiane z mąki, wody i tłuszczu, bez dodatku drożdży. W smaku przypominały chleb. A tego – nam wciąż brakowało…

Mieszkałyśmy w małym, ale w miarę przytulnym, zamykanym na duże drewniane drzwi – pokoiku. I właśnie do tych drzwi, pewnego dni, o wieczornej porze, ktoś niespodziewanie zapukał. Ponieważ byłam akurat blisko – cichutko, z lękiem zapytałam: Kto tam?

W odpowiedzi usłyszałam – SWÓJ.

Tamten tembr głosu i tamten odzew były mi doskonale znane. Nie mogłam się mylić… Po drugiej stronie drzwi stał MÓJ UKOCHANY TATUŚ.

Nie znajduję słów, aby opisać  to, co wówczas czułam. Były okrzyki radości i łzy szczęścia. Wtulona w jego mocne  ramiona,  wierzyłam, że będzie już tylko lepiej, bezpieczniej… Że już się nie rozstaniemy; że tata zostanie z nami…

 – I został?

– Niestety, nie. Jak się okazało,  jako  żołnierz z dużym wojennym doświadczeniem, zaciągnął się już w szeregi Armii generała Andersa. Szkolił młodzież do walki. Był nam bardzo potrzebny, ale potrzebowała go również Polska…

Nie pobył więc z nami zbyt długo…Nie mówił dużo, ale mówił mądrze.  Tłumaczył, że musimy opuścić to miejsce; że musimy udać się do Krasnowodska nad Morze Kaspijskie i tam  – wraz z polskim wojskiem – oczekiwać  w tzw. bazie ewakuacyjnej  na transport do Persji (obecny Irak). Im szybciej tym lepiej.

Miała to być dla nas jedyna szansa na opuszczenie tej nieludzkiej ziemi. Trzeba było działać szybko i sprawnie.

Pamiętam, że w niespełna kilka godzin byłyśmy gotowe do wyjazdu.

–  Zatem perspektywa kolejnego rozstanie z ojcem .

–  To było bardzo bolesne. Serca zamierały nam z rozpaczy. Starałyśmy się jednak wierzyć jego słowom, że już wkrótce znów się spotkamy. Że będzie pisał listy…

Tato dowiózł nas jeszcze specjalnie wynajętą arbą do wspomnianego portowego miasta. Za jego namową dotarła tam z nami jeszcze jedna polska rodzina, która zamieszkiwała w baraku obok.

 – Jak powitał was Krasnowodsk?

– Szok jaki wywarła ta turkmeńska portowa miejscowość był ciężki do przezwyciężenia. Tam zewsząd ściągały tłumy Polaków. Były ich tysiące! Wszyscy wygłodniali, wychudzeni, wyczerpani. Ale wszyscy z nadzieją na opuszczenie tego piekła.

Ponieważ czekanie na okręt przedłużało się jakby w nieskończoność, zagościła wśród nas bezsilność, nędza i plaga insektów. Do dziś mam przed oczami  tamtejsze ulice, na których potykałam się o leżących chorych i umarłych…Głęboko  w pamięć wbił mi się obraz konających. Odchodzili  z cichymi słowami na ustach: pomocy, chleba, wody, mamo…

(chwila milczenia)

Z tamtego miejsca na ziemi pamiętam też tych, w których wszechobecny głód wyzwalał zwierzęce instynkty… Ale czy można osądzać ludzi, którzy znaleźli się w tak ekstremalnych warunkach?

Ponieważ z dnia na dzień chorych przybywało, toteż zawiadujące tym tłumem służby co rusz informowały, iż na statek zabierane będą tylko zdrowe osoby. Fakt ten wywoływał więc dodatkowo stres, niepokój, lęk, a nawet histerię…

Niestety, choroby nie ominęły i nas. Ja zachorowałam na tyfus plamisty, a siostra na szkarlatynę. Los był jednak dla nas o tyle łaskawy, że początek tych przypadłości zbiegł się w czasie z momentem pojawienia się statku w porcie.

Wchodząc więc pokład i przechodząc przez tzw. wartownię, miałyśmy jeszcze na tyle siły, aby uśmiechać się i udawać, że nam nic nie dolega.

Mama od razu umieściła nas z dala od tłumu, gdzieś pod pokładem i czyniła co mogła, aby obniżyć szalejącą temperaturę naszych ciał, aby ulżyć nam w cierpieniu.

Jak się później okazało, tę morderczą podróż wielu chorych i słabych ludzi (w tym wiele dzieci) przepłaciło życiem. Ich ciała po prostu wyrzucano za burty…

Proszę sobie wyobrazić, że tą trwającą około 36 godzin drogą Krasnowodsk – Pahlevi ewakuowało się wraz z Armią Polską generała Władysława Andersa blisko 120 tysięcy  ludzi (!).

Nam się udało. Wyszliśmy z „domu niewoli”.

– Co zatem pani pamięta z tych „pierwszych chwili wolności”?

– Szczerze powiedziawszy – niewiele. Byłam półprzytomna. Choroba robiła swoje. Z późniejszych opowiadań mamy wiem natomiast, że niemal bezzwłocznie po opuszczeniu statku zaserwowano wszystkim dezynfekcję i – z racji niewyobrażalnej wręcz dla współczesnych wszawicy – golenie głów. Obdarowano nas świeżymi ubraniami i nakarmiono DO SYTA. Setki chorych – w tym mnie i Jadzię – odtransportowano do polowych szpitali.

– Pahlevi to przejściowa przystań. Gdzie los rzucił was później?

– Najpierw był Teheran. To właśnie tam podjęłam naukę w prowizorycznej polskiej szkole. Tam też przystąpiłam do pierwszej komunii świętej…

Zawsze kiedy patrzę na tzw. obrazek, który – zgodnie z tradycją kościoła – otrzymałam jako pamiątkę tamtego duchowego wydarzenia, łzy same cisną się do oczu…I widzę przez nie obraz mamy. Jej heroiczną walkę o nasze życie, o przetrwanie…Była wszystkim – lekarzem, pielęgniarką, kucharką, jedyną żywicielką i nauczycielką. Uczyła życia, języka polskiego. I oczywiście PACIERZA.

komunia 1 _mariapamiatka komuni 2

 – Jak widać, była także nieocenioną archiwistką. Ten BEZCENNY dziś obrazek przetrwał zapewne też dzięki niej…

– Tak, to prawda. (długa chwila milczenia)

W Teheranie wstąpiłam też w szeregi polskiego harcerstwa. Tam więc zaczęła się wielka i bardzo ważna przygoda mojego życia. W pewnym sensie pozytywnie naznaczyła ją moja pierwsza, wyjątkowo oddana sprawie drużynowa. Była nią druhna  Jadwiga Chruściel, córka Antoniego Chruściela, dowódcy późniejszego Powstania Warszawskiego.

– Jak długo przebywałyście w Teheranie?

– Niecały rok. Potem była Afryka. I obóz w Tengeru, w północno – wschodniej części brytyjskiej kolonii Tanganika. Mieszkaliśmy w nim od końca 1942 roku, przez 6 długich lat. To był najbardziej kolorowy okres naszej tułaczki.  Stworzono nam tam ludzkie warunki do bytowania. Miałyśmy swój maleńki domek. Był kościół, szkoły, szpital, gospodarstwa rolne. Kwitło życie kulturalne (chór, teatr, drużyny sportowe). Funkcjonowało też harcerstwo, w którego życie bardzo mocno się z siostrą zaangażowałyśmy. To właśnie na afrykańskiej ziemi złożyłam harcerskie przyrzeczenie.

Tengeru_p

Czas poza nauką i pracą wypełniały wycieczki krajoznawcze i różnorakie uroczystości związane z obchodami polskich świąt państwowych albo religijnych. W dużej mierze odbywały się one przy czynnym udziale ojca Łucjana Królikowskiego, doskonale znanego lokalnej Polonii.

– Mieliście więc tam swój mały kawałek ojczyzny…

– Mama pracowała w magazynie, Jadzia była uczennicą kupieckiego gimnazjum, natomiast ja pobierałam naukę w gimnazjum krawieckim. Szyłam ubrania dla moich najbliższych, koleżanek i znajomych. Lubiłam to robić. A już szczególnie wtedy, gdy materiał na upragnione sukienki pochodził z paczek przysyłanych przez tatę.

  – Zatem dotrzymał słowa…

– Korespondencja z nim dodawała nam siły. Dni, w których  przychodziły list i paczki były szczególne. Mama w odpowiedni sposób o to zabiegała, abyśmy doceniały takie chwile.  I doceniałyśmy.

W odpowiedzi na jego korespondencję, wysyłałyśmy laurki i zdjęcia z własnoręcznie napisanymi dedykacjami.

dla taty2_pdla taty 3

swieta_tengeruOgromnym sentymentem darzę tę wspomnieniową fotografię, która przedstawia mamę, mnie i Jadzię podczas jednej z kolacji wigilijnych w obozie w Tengeru. Jak łatwo dostrzec, na ścianie naszego ówczesnego domu wisi wspomniany już wcześniej portret ślubny rodziców, który mama zabrała z domu 14 kwietnia 1940 roku.

Obecność tego obrazu była jednym z tych elementów wychowawczych, które miały utrwalać pamięć o tacie i budzić do niego szacunek.

W tym nowym, nieco lepszym świecie, mama dokładała też wszelkich starań, aby nawiązać kontakt z moim starszym rodzeństwem – Wandą i Ryśkiem.

Pisała listy do Czerwonego Krzyża i kilku innych instytucji. W tym działaniu wspierał ją też tato.

W naszym rodzinnym archiwum zachował się nawet list, w którym informowano mamę, że znaleziono ich ślad…

Zatem pobyt w tym afrykańskim obozie łączy się już bardziej ze stabilizacją i nadzieją. Czy tak?

– Wspomniałam już, że był to najbardziej bajkowy odcinek naszej tułaczej drogi. Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie było zmartwień, bólu i problemów.

I tak na przykład plaga pcheł dotkliwie uprzykrzała nam egzystencję, a wszechobecne komary sprawiały, że panowała groźna dla życia epidemia malarii. Ludzie chorowali, umierali.

Ta pasożytnicza choroba dopadła także i mnie… I znów mama okazała się niezastąpioną lekarką.

– W którym roku opuściliście Afrykę?

– Pod koniec 1948 roku. Kiedy zapadła decyzja o likwidacji obozów dla uchodźców, jak tysiące polskich rodzin – nie mieliśmy gdzie wracać…Ponieważ Anglia otworzyła przyjaźnie drzwi, tam też się udaliśmy. Przez pewien czas mieszkaliśmy w jakiś obozie. Ani jego nazwy, ani nazwy miejscowości, w której się znajdował – niestety, nie pamiętam.

Doskonale za to utrwaliłam w pamięci chwilę, kiedy przyjechała tam po nas tato. Znów radość, znów łzy szczęścia…

Przez pewien czas mieszkaliśmy razem w Londynie. Kiedy jednak rodzice podjęli decyzję o wyjeździe do USA, ojciec znów wyruszył w podróż, aby tu, w Hartford – przygotować nam grunt do życia.

Wkrótce dołączyła do niego Jadzia.

Ja zostałam… Z  bardzo chorą mamą… (chwila milczenia)

Opiekowałam się nią jak umiałam. Była to jedna z tych chwil mojego życia, w których – choć w minimalnym stopniu – miałam sposobność odwdzięczyć się TROSKĄ ZA TROSKĘ.

rodzina 2Na szczęście dobry Bóg wysłuchał naszych próśb. Po kilku miesiącach (rok 1953)  i nas powitała amerykańska stolica stanu Connecticut.

A potem, jak to w życiu bywa, podjęłam pracę zawodową, wyszłam za mąż, urodziłam trójkę dzieci: Urszulę, Ewę i Jacka.

– I oddałam się pracy społecznej, która trwa do dziś. Czy tak?

–  Harcerzem będę już zawsze, ale z racji wieku,  od kilku lat jestem już raczej instruktorem wspomagającym.

– Ja długo trwała ta – nazwijmy to umownie – pani instruktorska aktywność?

– Prawie 50 lat…

 – Zatem, duma i ogrom wspomnień…

– Cieszę się, że udało mi zrealizować wiele dydaktyczno – patriotycznych projektów. Uczestniczyłam w tysiącach zbiórek, setkach obozów i zlotów. Każda spędzona w harcerskim kręgu chwila została zapisana w mojej pamięci. Każda była inna, i każda ważna.

– Ale gdyby zaistniała taka wyższa konieczność, aby musiała pani wskazać tę jedną jedyną, najważniejszą – która to byłaby chwila?

–  W 1982 roku  przypadło mi w udziale uczestniczyć wraz moimi harcerkami  w tradycyjnym zlocie Związku Harcerstwa Polskiego poza granicami Kraju (ZHPpgK). Ponieważ odbywała się on  w  Belgii, a więc w Europie, nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w Watykanie.

Nawet najśmielsze sny nie pozwalały marzyć o tym, co się wtedy wydarzyło.

Jan Paweł II przyjął  liczne grono harcerzy (w tym nas!) w swojej letniej  rezydencji w Castel Gandolfo. Cudowny był klimat tamtego spotkania! Cudowna chwila! Cudowne wspomnienia!

Watykan 1

Watykan 2

   – I pozostały cudowne fotografie….

– Tak. Bez dwóch zdań…

Podczas tamtego zlotu, korzystając z okazji, odwiedziliśmy także polski cmentarz wojenny pod Monte Cassino.

– Była więc sposobność, by opowiedzieć choć namiastkę swojej historii. Czy uczyniła to pani?

– Zapewne tak… Temat represji, zesłania, cierpienia i powszechnego głodu poruszałam w pracy z młodzieżą wiele razy. Czułam się do tego zobowiązana.

harcerze i statek

Powszechnie wiadomo, że wszystkie te historie są trudne do wyobrażenia dla młodego, mieszkającego w USA człowieka. Ale kiedy staje przed nimi ktoś, kto uczestniczył w tych tragicznych wydarzeniach, kto jako dziecko marzył o kromce chleba – chyba bardziej słuchają…

Skoro wspomniałam już o chlebie, to…(chwila milczenia)

Proszę sobie wyobrazić, że kiedy robię zakupy w sklepie z artykułami spożywczymi, niemal zawsze przystaję przy stoisku z pieczywem. Lubię patrzeć,  patrzeć, patrzeć…

Bywa też, że po skończonym obiedzie, a nawet deserze, sięgam z wyjątkowym szacunkiem  po  maleńką kromeczkę. Wtedy dopiero czuję się najedzona i szczęśliwa. Celebruję spożywanie chleba…

A wracając do chwil szczególnych, to do ich grona zaliczam też te, w których witałam na amerykańskiej ziemi moje starsze rodzeństwo wraz ich rodzinami.

Są takie wydarzenia, których nie da się w żaden sposób opisać słowami…Tamte  były właśnie takie…

   – Kończąc naszą rozmowę, chciałabym jeszcze poruszyć temat  dyplomów i medali, którymi panią uhonorowano…

odznaczenie na Kapitolu

– Jest ich dużo, to prawda. Ale czy należą się one właśnie mnie? Przeszłam tułaczy szlak, ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie moi rodzice. Dowodem na to jest właśnie ta moja opowieść. Ja byłam przecież dzieckiem…

Każde z otrzymanych do tej pory wyróżnień dedykowałam więc MAMIE I TACIE.

Pani Mario, nie ukrywam, że ta postawa porusza do głębi i budzi szacunek, ale…

        dyplom uznaniaPodczas przeglądania bezcennych pamiątek, które mi pani udostępniła do wglądu, wpadł mi w ręce niezwyczajny dyplom. Otrzymała go pani kilka miesięcy temu od konsula Mateusza Stąsieka z Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku.

– Nie ma wątpliwości – słowa te kierowane są TYLKO pod pani adres  i zapewne zrodziły się pod wpływem opinii wielu ludzi.

   Pozostaje mi więc zakończyć naszą rozmowę także ciepłym słowem:  DZIĘKUJĘ. Nie tylko za nasze dzisiejsze spotkanie…

– Ja też dziękuję.